,,i wciąż się na coś czeka, na coś, co nie chce przyjść i znów nie przyszło dziś. Może jutro... i wciąż się na coś czeka i wszystko jest nie tak i wszystko nie ten ma smak.,,
Dodatki na bloga
sobota, 20 marca 2010

Nie miała baba kłopotu to puściła zdrowe dziecko do przedszkola. Standardowo po 3 dniach wróciło chore. Od ostatniej infekcji J siedział cały czas w domu i z chorobami był spokój tyle, że ogólnie życie było ciężkie bo J się w domu nudził i był mocno zaniedbywany bo A. nie daje się zostawić nawet na 5 minut, także wysłaliśmy J do przedszkola i przez kilka dni cieszyliśmy się wygodą zajmowania się tylko jednym dzieckiem a J. wracał do domu szczęśliwy po kilku godzinach spędzonych w towarzystwie dzieci i mając nowe ciekawe zajęcia. A teraz za te kilka dni relaksu dla nas i zabawy dla J mamy od tygodnia infekcję :(

Co do A. to w obecnym 6-tym miesiącu życia nasz Grubcio zmienił swój rytm dnia. Kiedyś chodził spać z trudem ok 23:00 a czasem nawet później i spał do 8-9 rano i pamiętam, że budziłam się wtedy wyspana i było super. Teraz A. zasypia ok 22:00 ale za to wstaje między 6 a 7 rano a ja ledwo daję wtedy radę zwlec się z łóżka, chociaż przed ciążą przez 3 lata wstawałam dzień w dzień o 5:30 i żyłam a teraz padam na twarz iwiem, że duża wina leży też oczywiście w tym Pramolanie branym na noc ale na razie muszę go brać.

W temacie desreków, obiadków itd., to nadal nie ruszyłam z glutenem bo jest wokół niego straszne halo i raczej przez kilka dni nic innego bym nowego nie wprowadziła tylko obserwowała co dzieje sie po tym glutenie dlatego zdecydowałam się najpierw powprowadzać więcej obiadków i nowych owoców i jak menu będzie szersze to wtedy na spokojnie ruszę z glutenem i powinnam się w te dwa tygodnie wyrobić żeby zdążyć zacząć przed ukończeniem 6-go miesiąca.
No i przeprosiłam się z tą kaszą manną do dosypywania bo słoiczków z glutenem jakoś mało mi się wydaje i A. musiałby przez cały okres wprowadzania tego glutenu jeść w kółko te same obiadki i deserki więc kupiłam jednak kaszkę manną Nestle, która jest po 4 miesiącu i zacznę ją dosypywać do kaszki, którą A. wcina na śniadanie.

Występuje też u nas ciekawe zjawisko fascynacji Grubcia starszym bratem. Żeby wywołać większy śmiech u A. to ja czy M musimy się nieźle postarać i nagimnastykować a J wystarczy, że przejdzie obok A., nawet na niego nie patrząc a A. zaczyna się śmiacć na głos a jak J podejdzie i zrobi cokolwiek przy A. to wtedy jest po prostu atak śmiechu. Także przyznaję się, że czasem z tego korzystam i proszę J. żeby pobawił trochę młodszego brata a ja w tym czasie a to coś pozmywam, posprzątam czy zajrzę na bloga ;)

Z innych spraw to wczoraj, czyli prawie pół roku po porodzie mój M odebrał w końcu mój wypis ze szpitala, gdzie mogłam sobie przeczytać co tam przy mnie dłubali tego pamiętnego dnia 6-go października a także odzyskałam moją kartę ciąży :)

No i miesiąc po przygodzie z zębem (wszystko zaczęło się 18 lutego) a następnie po 3 tygodniach leczenia a w tym 5 wizytach i wydaniu na to jak na razie ok 600zł, jestem na dobrej drodze do zakończenia tego tematu. Jeszcze pewnie ok 2 wizyt i mniej więcej 200 zł i powinno być po sprawie, przynajmniej taką mam nadzieję.

czwartek, 18 marca 2010

Bardzo małymi kroczkami dotarłam w końcu do pełnej dawki.
Terapia zakładała 5 dni na 1/4, 5 dni na 1/2 i potem od razu pełna dawka. Czyli coś co powinno zająć 10 dni mnie zajęło ok 20. Do tego przez te 20 dni z dnia na dzień było ze mną coraz gorzej :( nasilone objawy trwały już całymi dniami a nie tylko chwilami, jednego dnia zaczęło być ze mną już tak źle jak w wakacje, kiedy całe dnie czułam się jakbym nie miała kontaktu z rzeczywistością, jakby mnie ktoś zamknął za jakąś szybą, do tego rozmazany i roztrzęsiony obraz i ta słabość, koszmar nie do opisania. Do tego oczywiście panika, lęk i przerażenie, że ten koszmar powrócił, że może tym razem nie uda mi się już z tego wyjść i będę się tak czuła bez przerwy, jak wtedy w sierpniu ... a poza tym to dlaczego w ogóle po tylu dniach na lekach zamiast w końcu czuć jakąś poprawę to doszło do jeszcze większego nasilenia objawów ?
Skończyło się to tak, że w nocy po tym dniu dostałam bardzo silnego ataku, wybudziłam się jak zwykle między 2 a 3 nad ranem i od razu poczułam, że coś jest nie tak i choć bardzo silnie starałam się z tego wyciągnąć to jednak mi się nie udało i przyszło najgorsze, zimny pot na zmianę z ciepłym, łomot serca, natłok myśli i to uczucie, że zaraz zemdleję :( a już najgorsze było to, że w ogóle nie chciało przejść, co wracałam do siebie to znów za chwilę czułam, że odpływam i tak falowo przez ponad godzinę aż w końcu zasnęłam. Na drugi dzień obudziłam się w fatalnym stanie, jakby ktoś wyssał ze mnie wszystkie soki życia. Do tego miałam akurat tego dnia przejść z 1/2 dawki na pełną. Jednak po tym co przeszłam w nocy nie było o tym mowy :( Byłam tak przerażona tym co było dzień wcześniej i potem w nocy, że nie było mowy żebym wzięła pełną dawkę, a raczej nawet myślałam żeby w ogóle odstawić to dziadostwo i wrócić do życia jakie miałam przed podjęciem terapii bo wydawało mi się po stokroć lepsze od tego z czym zmagałam się podczas brania leków. Jednak wiedziałam, że leków sama odstawić nie mogę a nie miałam szans na kontakt z moją lekarką więc pozostałam przy 1/2 dawki i cały dzień starałam się dojść jakoś do siebie. I nawet mi się to udało jednak z każdą kolejną godziną dnia coraz bardziej bałam się nadchodzącej nocy, trauma po ostatnim ataku była ogromna :(

Wtedy zadzwoniła do mnie bliską koleżanką (Monia, jeszcze raz dziękuję za tamtą rozmowę) i po rozmowie z nią przekonałam się do tego żeby na noc zacząć brać Pramolan, który miałam przepisany przez lekarkę a do tej pory go nie brałam bo nie chciałam mieszać leków mimo iż było to zalecenie lekarza. Dzięki Pramolanowi a także dzięki tej uspokajającej rozmowie kolejna noc minęła w miarę normalnie. I wtedy to nagle zaczęłam bardziej ufać tym lekom a w dodatku po tej rozmowie w końcu tak na serio dotarło do mnie, że te leki są po to aby mi pomóc a nie zaszkodzić i czas najwyższy w to uwierzyć. Wcześniej pisała mi to inna znajoma (Madziu Tobie też dziękuję) ale wtedy panika przed lekami była silniejsza.
Po kolejnej w miarę dobrej nocy olśniło mnie, że może właśnie to przeciąganie brania
mniejszych dawek powoduje to, że zamiast poprawy było tylko gorzej ? Pomyślałam, że skoro dawka lecznicza to cała jedna tabletka a ja cały czas jej nie biorę tylko dzielę na części to może to jest przyczyną mojego pogarszania się samopoczucia ? Może trzeba wziąść się w garść i zacząć w końcu brać pełną dawkę i pozwolić w pełni zadziałać lekom? I idąc takim właśnie tokiem myślenia postanowiłam dalej brać Pramolan na noc żeby oszczędzić sobie nocnych ataków a także jak najszybciej przejść w końcu do pełnej dawki głównego leku na dzień.
I póki co plan się realizuje. Pełną dawkę biorę już 5 dni.
Może jeszcze za wcześnie na jakieś większe wnioski ale z pewnością jest jakaś poprawa, nasilone objawy powoli ustają ALE zwykłe objawy jako takie nadal są. Teraz jest po prostu tak jakbym wróciła do stanu sprzed brania leków. A jeżeli moja teoria się sprawdzi to po jakimś czasie leczenia pełna dwaką powinno się zacząć naprawdę poprawiać. Dlatego po tych 20 bardzo złych dniach mimo wszystko chcę dać jeszcze szansę lekom bo może z czasem faktycznie zaczną działać. Poza tym wszelkie teorie na temat tego typu lekach mówią o tym, że ich działanie można odczuć dopiero po kilku tygodniach stosowania.

Dzięki Pramolanowi noce mijają w miarę dobrze, tzn. wciąż wybudzam się między tą 2 a 3 nad ranem jednak udaje mi się dość szybko potem zasnąć. I może tu też jest kwestia czasu? Może jak w końcu  będzie poprawa po leku głównym to z dodatkową pomocą Pramolanu może i noce będą mijały bez tych nagłych pobudek ?
Zobaczymy ... z czasem wszystko się okaże.

środa, 17 marca 2010

... minęła 18-ta rocznica śmierci mojego jedynego dziadka, umarł w dzień po narodzinach mojego przyrodniego brata.

W ostatnich latach Jego życia niestety nie mieliśmy już ze sobą zbyt dużego kontaktu, mój światopogląd głupawej nastolatki bardzo różnił się od wiekowego już wtedy dziadka i jego widzenia świata i jakoś nie przepadałam za odwiedzinami, teraz oczywiście bardzo tego żałuję :(
We wczesnym dzieciństwie było jednak inaczej, byłam bardzo długo wyczekiwanym i ostatnim z wnucząt w dodatku urodziłam się w dzień urodzin ukochanej żony dziadka czyli mojej babci a jak rodzice przywieźli mnie pierwszy raz do dziadków gdy miałam ok. 3 miesięcy to podobno do nikogo się tak nie śmiałam i nie "gadałam" jak właśnie do dziadka ... szoda, że z czasem tak bardzo zaniedbałam kontakty rodzinne :(

... mój przyrodni brat skończył 18 lat, zatem jest już pełnoletni.

Kolejny rok minął a dylemat pozostał wciąż ten sam ...

Choć kilka razy już planowałam udać się domu dziecka gdzie został oddany po porodzie i zdobyć jakieś wieści o nim jednak nigdy ostatecznie nie byłam pewna czy jest to dobra decyzja i nigdy też nie starczyło mi ostatecznie odwagi żeby to zrobić.

Teraz gdy wydaje mi się, że to już czas najwyższy bo nawet się nie obejrzę jak minie kolejne 18
lat, to mój M mówi mi, że nic się nie dowiem, nic mi nie powiedzą co się z nim stało, nie mam
żadnych szans ani nie przysługują mi żadne prawa abym mogła dowiedzieć się gdzie jest mój brat :(

 

 

sobota, 06 marca 2010

Dziś mijają dwa lata od śmierci mojej babci, mamy mojej mamy.
Wydarzenie to spowodowało, że odnowiłam kontakt z mamą, który zerwałam jakieś 2 lata wcześniej po tym jak kolejny raz mnie zawiodła a do tego wywinęła mi spory numer. Wtedy to powiedziałam dość. Przez te wszystkie lata kiedy nie było jej ze mną i potem gdy nagle się znów pojawiła liczyłam na jakiś cud, że może jednak będzie mi w jakiś sposób mamą ... i były chwile kiedy nią była, i w tych chwilach było tak cudownie jak wtedy, dawno temu gdy byłam jeszcze malutka, zanim mnie opuściła ... ale to były tylko chwile, które zawsze kończyły się kolejnym moim rozczarowaniem gdy okazywało się, że ona jest taka jaka jest i nic już tego nie zmieni a już na pewno nie kilka dobrych chwil. Przy kolejnych rozczarowaniach zawsze odgrażałam się, że zrywam kontakt jednak po jakimś czasie ona dzwoniła, ja się łamałam (bo to w końcu moja mama, której tak bardzo całe życie pragnęłam), jechałam do niej, znów przez chwilę było dobrze a potem znów to samo, kolejny zawód. I tak w kółko. Aż w końcu nastąpił ten dzień, kiedy kolejny raz postanowiłam kontakt z nią zerwać a ona tym razem nie zadzwoniła. Często myślałam o tym co się z nią dzieje i czemu tym razem nie dzwoni tak jak zwykle ale sama też nie dzwoniłam.
I gdy już zaczęłam przyzwyczajać się do myśli, że może już się nawet nie zobaczymy i gdy nawet zaczęłam czuć lekką ulgę, że chyba już nie muszę obawiać się dzwoniącego od niej telefonu wtedy właśnie ten telefon zadzwonił. Tyle, że to nie była moja mama tylko ktoś kto zadzwonił do mnie w pewien marcowy wieczór, dwa lata temu, z pytaniem czy wiem coś o tym, że babcia nie żyje ...  oczywiście, że nic nie wiedziałam ... i nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam a do tego kołatała mi w głowie jedna myśl, że jeżeli to prawda to CO Z MOJĄ MAMĄ ? Na drugi dzień wszystko się wyjaśniło, złe wiadomości się potwierdziły a ja zastałam to czego najbardziej się obawiałam, czyli moją mamę w skrajnej rozpaczy. Wyglądała jak małe, skatowane dziecko, wymagała opieki i kontroli i od samych drzwi wiedziałam już, że wszystko to od czego się uwolniłam właśnie uderza we mnie i to z podwójną siłą. Osoba, która powinna być oparciem dla mnie stała się zależna całkowicie ode mnie a co gorsza ja czułam się za nią odpowiedzialna i do dziś nie wiem czemu nadal tak się czuję. Nie rozumiem tego. Ona jest moją matką, ja - jej dzieckiem, które tak po prostu kiedyś zostawiła, dzieckiem, któremu wyrządziła największą krzywdę jaką matka dziecku może wyrządzić. Potem z czasem nigdy nie stanęła na wysokości zadania żeby choć po części to naprawić. A ja teraz widząc ją w takim stanie czuję się odpowiedzialna za nią i jej los i chcę zrobić wszystko żeby jej pomóc. No skąd się to u mnie bierze ???
Wzięłam wtedy urlop na kilka dni i przyjeżdżałam do niej dzień w dzień, przywoziłam zakupy,
załatwiłam pogrzeb, za który również zapłaciłam i starałam się utrzymać ją jakoś przy życiu bo
była na skraju. Jakoś się udało, dziś mijają dwa lata. Dwa lata, przez które nic się nie zmieniło, ona nadal jest jaka jest, czasem o mnie pamięta ale jak dzwoni to raczej tylko z troski o siebie, i żeby powiedzieć mi ile ma kłopotów i jak jej ciężko, nie wie nic o tym co przeszłam w ciąży. W dniu kiedy urodziłam zadzwoniłam do niej ze szpitala a ona po 20 minutach wykładu jak to jest jej źle ze wszystkim zapytała:
A co u Ciebie?
Urodziłam, dziś, rano.
Ano tak, właśnie miałam spytać ...

Ona nic nie wie ile czasu walczyłam o ciążę a potem o jej utrzymanie i nic nie wie czym ta walka się dla mnie skończyła a skończyła się nerwicą i depresją. Poza tym wszędzie gdzie czytam na temat nerwicy poszukując odpowiedzi na pytanie skąd się to cholerstwo w ogóle bierze to wszędzie odpowiedź znajduję jedną: "Przyczyną nerwic może być deficyt opieki rodzicielskiej w dzieciństwie lub nieodreagowany uraz (trauma)." A czy brak mamy to jest deficyt opieki rodzicielskiej ? Stanowczo tak. A czy brak mamy to traumatyczne przeżycie ? Zapewniam Was, że tak.
A ona dalej nic o tym nie wie ...
I dzwoni dziś do mnie, i płacze w telefon, że nie może o babci zapomnieć, że czas nie goi ran,
że tak jej źle ... i nic nie wie o moim stanie, o leczeniu, o tym co przechodzę o tym, jaką
tragedią jest dla mnie powrót do pracy za chwilę i o tym, że oprócz tego wszystkiego co mam na głowie myślę także o niej i martwię się co z nią będzie podczas gdy to ona powinna martwić się o mnie. I tak było przez całe życie.

Okrągła piąteczka dziś nam stuknęła :)

Najważniejsze z osiągnięć 5-go miesiąca to to, że od 2 tygodni A. przekręca się sam z plecków na brzuszek i robi to dosłownie w ciągu sekundy i bez przerwy. Ot, nic nadzwyczajnego w tym wieku ale dla mnie jako mamy widok przecudowny.
A. ma już swoje ulubione zabawki, na które reaguje głośnym śmiechem i ogólnie większym
zainteresowaniem niż na inne. Niestety nadal jakoś tak nieporadnie je łapie, niby łapie ale zaraz
puszcza, albo przykłada do buzi i nagle się denerwuje, jakby coś mu nie pasowało. Nie wiem za bardzo o co chodzi i czekam aż mu przejdzie, starając się za bardzo nie wnikać i nie szukać w necie odpowiedzi na pytanie czemu tak robi bo znając mnie to zaraz wynalazłabym jakiś nowy problem a po co robić z igły widły.

Ze słoiczkowym jedzeniem jakoś nam idzie ale kapnęłam się, że chyba musimy przyspieszyć tempo bo nagle cały miesiąc minął a my jesteśmy w lesie z kilkoma smakami po 4 miesiącu a tu już wchodzą te po 5-tym no i jeszcze wisi nad nami przykaz "ekspozycji na gluten" (jak to się teraz fachowo nazywa), więc muszę się bardziej przyłożyć.
Nie zamierzam się bawić w żadne tam dosypywanie kaszki manny błyskawicznej tylko chcę skorzystać z gotowych słoiczków z kaszką. Tyle, że niestety wszystkie te gotowe są ze składnikami, których A. jeszcze nie ma wprowadzonych, np. kurczak z kaszką itd., a A. kurczaka jeszcze nie miał przyjemności skosztować bo póki co jesteśmy na etapie warzyw i owoców. Także najpierw teraz muszę zapoznać A.z kurczakiem i dopiero jak ten kurczak zostanie zaakceptowany to mogę ruszyć z dodatkiem glutenu. A w międzyczasie jeszcze wprowadzać kolejne owoce bo tu też jesteśmy w tyle.
Zabawa na całego. Rozpisałam  sobie w kalendarzu co i kiedy wprowadzamy bo zaczynam się gubić a nie chcę żeby skończyło się tak, że podam mu jednego dnia kilka nowych smaków.

A. niestety nadal jest ulewający (choć oczywiście mniej niż kiedyś) :( więc cały czas jedziemy na Bebilonie AR, który jest masakrycznie drogi a do tego jest tylko w małych puszkach 400g, które znikają nam w oczach, (jedna starcza na 2,5 dnia) a kosztują prawie tyle samo co duże pudełko, czyli 800g zwykłego Bebilonu. Masakra.
Optymistyczny scenariusz zakładał, że A. wyrośnie z tego po 3 miesiącu, co jak już wiemy u nas nie nastąpiło, kolejny, mniej optymistyczny scenariusz przewiduje ustanie ulewań ok 6-go
miesiąca i po wprowadzeniu stałych pokarmów, a ten najmniej optymistyczny zakłada utrzymanie ulewania do ukończenia pierwszego roku. I tego ostatniego scenariusza sobie nie wyobrażam, więc bardzo proszę o trzymanie za nas kciuków coby to cholerne ulewnie poszło sobie od nas raz na zawsze w ciągu najbliższych kilku dni.

W 5-tym miesiącu A. wyrósł z porannego budzenia się z mega wrzaskiem także nasze poranki stały się bardzo przyjemne, leżymy sobie, tulimy się, gugamy, głaskamy i czułościom nie ma końca. Poza tym uwielbiam przytulać się do niego z rana kiedy jest taki cieplutki, pulchniutki i patrzy na mnie tymi swoimi zaspanymi, niebieskimi, gigantycznymi (po mamusi) oczętami :)
Tego będzie mi brakować najbardziej gdy przyjdzie czas powrotu do pracy :(((

Na chwilę skupiając się na mnie to 5 miesięcy po porodzie przypadkiem  i bez żadnych starań osiągnęłam wagę sprzed 4 lat (wagi w domu nie mam ale obstawiam nie więcej jak 49kg) i wyglądam jak szczur. Znajomi i rodzina nie mogą na mnie patrzeć a ja jestem zachwycona i z przerażeniem tylko myślę co to będzie jak z czasem znów zacznę obrastać w tłuszczyk :( ale póki co wyciągnęłam sobie stare jeansy w rozmiarze 34-36 i cieszę się, że mogę znów je nosić :)

wtorek, 02 marca 2010

Wciąż 1/4 dawki. Jutro powinnam wziąć już 1/2 ale została mi jeszcze jedna 1/4 więc jeszcze
jeden dzień będzie w wersji lihgt.

Objawy nasilone nadal są, przykład: rano w momencie gdy muszę w jakimś określonym (krótkim) czasie wyszykować się w łazience żeby zdążyć na czas drzemki A. żeby go uśpić zanim wpadnie w histerię czy po prostu  żeby go "przejąć" od M., nagle zaczynam czuć oddech czasu na plecach, pojawia się stres jak przed jakimś egzaminem (zdążę nie zdążę, uda mi się nie uda?), zaraz potem robi mi się duszno, słabo i świat zaczyna wirować ... fajnie ?
Komuś innemu nawet przez myśl nie przejdzie, że tak prozaiczna czynność jak poranny prysznic może wywołać stres i lęk, od którego można zasłabnąć. No więc MOŻNA. Wystarczy mieć nerwicę.

To był tylko jeden przykład, a takich sytuacji w czasie dnia mam kilka, wszystko co tylko może wywołać choćby najmniejszy stres lub strach u mnie kończy się lękiem i atakiem.

Oprócz tego jestem z deczka nieprzytomna i boli mnie głowa.

A poza tym to mam ochotę na piwo a nawet na piwo i papierosa, choć nie palę, ale paliłam kiedyś, a nawet jak już nie paliłam to do piwa paliłam zawsze. I teraz właśnie mam ochotę na piwo, papierosa i dobry film albo nawet dwa bo kinomaniaczka jestem i lubię maratony flmowe a zalegości w oglądnaiu mam kilkuletnie.
Jednak w obecnych okolicznościach przyrody jakimi są: leki, dzieci i wręcz niewyobrażalne zmęczenie, maraton filmowy przy piwku jest tak samo realny jak to, że jutro uda mi się zaliczyć prysznic bez ataku.

niedziela, 28 lutego 2010


Nieubłagalnie, z każdą chwilą, coraz bardziej zbliżam się do godziny ZERO, czyli dnia powrotu do pracy :(
Co gorsze mam wrażenie, że każdy dzień, tydzień, miesiąc mija jeszcze szybciej od poprzedniego. Przed chwilą był Sylwester a tu już jutro marzec, no i gdzie te wszystkie miesiące uciekły?

Teraz, mimo tego, że tak źle się czuję (przez leki) to staram cieszyć się każdą chwilą z A.,
rozpływam się nad jego uśmiechami, całuję go bez przerwy we wszystkie fałdki, noszę, tulę, patrzę, podziwiam, KOCHAM tak bardzo ...

I po prostu nie wyobrażam sobie zostawienia go. NIE I KONIEC. Już kiedyś to przerabiałam i było tak samo ciężko, płakałam już na 2 miesiące przed powrotem a teraz jest jeszcze gorzej bo wtedy mojemu powrotowi towarzyszyły trochę inne okoliczności niż teraz i przez to było może ciut łatwiej. Wtedy wracałam na nowe stanowisko a moja praca była 20 minut drogi od domu, teraz wracam na stare śmieci, które przez lata tak mi sie obrzydły, że na samą myśl powrotu do tego bagna chce mi się wyć i wymiotować. Całą sytuację pogarsza jeszcze fakt, że teraz do pracy mam ponad 2h drogi w jedną stronę.

Nie ma co się oszukiwać, już za chwilę moje życie zmieni się w koszmar i świadomość tego dobija mnie strasznie.
A jak już ten czas nastąpi to już chyba żadne leki mi nie pomogą.

piątek, 26 lutego 2010

Rozmawiałam z moją lekarką, przesadziłam z dawką, za szybko przeszłam do 1/2, od dziś znów tylko 1/4, czyli tak jakby krok do tyłu :(
Po 1/4 obyło się bez większych jazd ale czuję się kiepsko, bardzo kiepsko.
Do tego wylazły mi węzły chłonne i mnie bolą a oczywiście stało się to już po rozmowie z lekarką więc nie wiem czy to ma coś wspólnego z lekami czy nie, w ulotce na ten temat nic nie piszą.
Do tego łeb mnie łupie ...

czwartek, 25 lutego 2010

Drugi dzień 1/2 dawki i ... MASAKRA !!!
Miałam się położyć z A. na drzemkę, parę minut poleżałam i nagle zimny pot, jeden za drugim, zawroty głowy i czuję, że odjeżdżam, poderwałam się na równe nogi, lecę na dół do M i mówię, że coś jest nie tak, źle ze mną ... a w myślach jednocześnie narasta lęk, panika i znowu ta sama myśl, która tyle czasu towrzyszyła mi podczas ataków w ciąży: "to znowu się dzieje". Łapię za telefon, dzwonię do enel, chcę jakiejś porady, pogadać z jakimś lekarzem czy reakcja jest prawidłowa, czy nie zasilna ?? czy tak powinno się ze mną dziać ?? z trudem łapię oddech, chodzę po pokoju, nie kładę się bo wiem, że jak się położę to znów zaczną się "odjazdy", wolę chodzić, wtedy jakoś się trzymam, tylko te fale zimnego potu, straszne ...
Zaczęłam bawić się z J. (sama nie wiem jak dałam radę), na siłę oszukiwać organizm, że nic sie nie dzieje, że to tylko leki i zaraz minie ... ale w głowie wciąż plączą się myśli, czy nic mi nie będzie ? czy na pewno wszystko jest ok ?
W końcu minęło ale jeszcze długo potem nie mogłam dojść do siebie i nie czułam się tak dobrze jak w poprzendich dniach :( Do tego bywały momenty kiedy zaczynałam czuć znowu to odizolowanie i nierealność jak wtedy gdy byłam w ciąży i ten syf potrafił utrzymywać się u mnie całymi dniami. I to było chyba najgorsze :( jakoś się trzymałam ale w mojej głowie był jeden wielki krzyk, że NIE, NIE CHCĘ znów tego doświadczać !!!
I poważne zawahanie: czy dobrze zrobiłam, że zdecydowałam się na te leki ? Czy to jest na pewno konieczne ?
Jedno jest pewne, że gdybym wiedziała, że tak będzie to bym na to leczenie się nie zdecydowała.
Nawet nie wiem co to dziś było: atak lęku, paniki czy zwykłe zasłabnięcie ?
Co było najpierw: lęk a potem somatyka czy najpierw zrobiło mi się słabo a to doprowadziło do lęku i koło się zamknęło ? Nie wiem.
Nie wiem też czy można to zaliczyć do tych przewidywanych nasilonych objawów czy było to może coś więcej ?
A może to kwestia za dużej dawki ? Może przeceniłam swoje możliwości i trzeba było jeszcze kilka dni brać 1/4 a nie 1/2 ?
I co mam zrobić jutro ?
Jaką dawkę wziąć żeby nie przeżyć znów tego koszmaru?
A może w ogóle nie brać ?

Nie wiem, nic nie wiem.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15